Na gruzach tzw. Państwa Islamskiego powstały polskie szkoły. Dziś potrzebują pomocy

Fundacja z Polski prowadzi dwie najlepsze szkoły w dawnej stolicy Państwa Islamskiego. Problem w tym, że nie ma już za co płacić nauczycielom. - Szkoda dzieciaków, ale i tak podarowaliśmy im dwa semestry nauki – mówi Salam Salti.

Z kraju pogrążonego od 2011 roku w wojnie domowej nie napływa zbyt wiele pozytywnych wiadomości. Zresztą odkąd ponad rok temu szala zwycięstwa przechyliła się na korzyść reżimu Asada, trudno o jakiekolwiek dobre wieści z Syrii. Otworzenie w 2018 w Ar-Rakce roku dwóch szkół finansowanych przez Fundację Wolna Syria było odstępstwem od tej reguły. Salti koordynuje ich działanie. Pochodzi z Damaszku. Do Polski pierwszy raz przyjechał w 1986 roku, ale zamieszkał na stałe w 1991. Z zawodu jest lekarzem. - Mam obywatelstwo polskie i czuję się Polakiem, ale nie mogą pogodzić się z tym, co stało się z moją ojczyzną – dodaje.

Pierwsza szkoła im. Abd ar-Rahman al-Kawakibi przyjęła dzieci w kwietniu 2018 roku. Lekcje w drugiej, noszącej imię Mikołaja Kopernika, zaczęły się dwa miesiące później. Uczy się w nich w sumie 815 dzieci w wieku 7-12 lat. - Urządziliśmy szkoły w istniejących budynkach. Chodziło o minimalizowanie kosztów. Trzeba było tylko odgruzować okolicę. Kupiliśmy krzesła, ławki i tablice – opowiada mi Michał Kurpiński z Fundacja Wolna Syria. - Czy uczniowie wiedzą kim był Kopernik? - pytam. - Oczywiście, wiedzą też, gdzie leży Polska – mówi Kurpiński. W przypadku syryjskich dzieci, które w większości nie pamiętają nic poza zniszczeniem i wojną, nie jest to takie oczywiste...

Fundacja Wolna Syria (FWS) powstała w 2013 roku, założona przez ludzi z liczącej kilkaset osób syryjskiej diaspory i Polaków, którzy nie mogli bezczynnie przypatrywać się rzezi w Syrii. Pomoc Syryjczykom zaczęli nieść zaraz po wybuchu wojny domowej, jeszcze przed rejestracją fundacji. Do 2015 roku wysyłali konwoje z pomocą humanitarną. Kiedy stało się to niemożliwe ze względów logistycznych i bezpieczeństwa, wspólnie z jordańską organizacją humanitarną FWS otworzyła ośrodek dla osób z traumami w Irbid w Jordanii.

 Pomysł, by pomóc w odbudowie edukacji w kraju, w którym większość dzieci od siedmiu lat nie uczęszczała do szkoły, narodził się w 2017 roku. - Pierwsze kontakty z aktywistami ze Stowarzyszenia Nama nawiązaliśmy jeszcze we wrześniu 2017 roku zaraz po wyzwoleniu ar-Rakki przez kurdyjskie Syryjskie Siły Demokratyczne (SDF), wspierane przez lotnictwo USA – opowiada Michał Kurpiński. - W październiku tego samego roku wysłaliśmy do ar-Rakki pierwsze wyprawki dla uczniów – dodaje.

Nie obyło się bez problemów. W kwietniu ubr. kontrolowana przez Kurdów Rada Miejska ar-Rakki z niejasnych powodów wycofała się z podpisanej wcześniej umowy z Fundacją Wolna Syria. - Poinformowali nas, że szkołę trzeba po prostu zamknąć – wspomina Kurpiński. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze, bo z pomocą polskiego rządu udało się namówić Amerykanów do interwencji. Kurdowie zmienili zdanie, bo nie chcieli zadzierać z wojskami amerykańskimi, dzięki obecności których rządzą w tej części Syrii.

W ar-Rakce działają dziś 43 szkoły prowadzone przez władze miejskie i 8 prowadzonych przez międzynarodowe organizacje humanitarne. - Nieskromnie powiem, że nasze szkoły uchodzą za najlepsze. Wiemy to od konkurencji. Zresztą jakby tak nie było, to miejscy notable nie posyłali by tam swoich dzieci – mówi mi Salam Salti. Projekt koordynowany jest z Warszawy. - Jak dotąd nie zdecydowaliśmy się na wyjazd do Syrii. Nie chcieliśmy, aby skromne środki, którymi dysponujemy poszły na zorganizowanie ochrony, konwoje, itd. - tłumaczy Kurpiński. Wszystko opiera się na absolutnym zaufaniu dla syryjskich partnerów. - Kontakt do Stowarzyszenia Nama otrzymaliśmy od przyjaciół na miejscu. Sprawdzaliśmy ich pod kątem politycznym, ideologicznym i praktycznym – mówi. Czy łatwo kieruje się pomocą dla szkoły, której nie widziało się na własne oczy? - pytam. - Nie jest tak źle. Czasami mam wrażenie jakbym dotykał murów – odpowiada Salti. - Dokładnie wiem co się dzieje na miejscu. Kontaktuję się na bieżąco z 4-5 osobami w ar-Rakce – dodaje.

Niestety przyszłość szkół prowadzonych przez FWS stanęła pod znakiem zapytania, bo w styczniu skończyły się na to fundusze. - W grudniu z ciężkim sercem podjęliśmy decyzję o obcięciu o połowę pensji nauczycielom. Chcieliśmy przedłużyć o miesiąc działanie placówek. Wysłaliśmy ostatnią transzę pieniędzy. Nie wiemy co będzie dalej, bo jesteśmy uzależnieni od darów prywatnych darczyńców – mówi Salam Salti. Krupiński tłumaczy, że z powodu niejasnego statusu międzynarodowego terytorium, na którym działają szkoły, fundacja nie ma szans na otrzymania grantu od rządu czy instytucji. - Prowadzimy rozmowy z zamożnym fundatorem, być może to coś da – dodaje Krupiński. Salti precyzuje, że nie chodzi o jakieś wielkie pieniądze. - Na prowadzenie szkoły potrzebujemy 8-10 tys. złotych miesięcznie. Kiedy nie musieliśmy oszczędzać, szło na to 15 tys. złotch miesięcznie – mówi.

 Położona nad Eufratem Rakka był stolicą samozwańczego kalifatu, który budził grozę na świecie. Przez kilka lata istnienia tak zwane Państwo Islamskie dokonało ponad 90 zamachów terrorystycznych w 21 krajach, w których zginęło niemal 1,4 tys. osób. U szczytu potęgi pod czarnymi sztandarami ISIS walczyło kilkadziesiąt tysięcy ochotników z Syrii, Iraku i blisko 100 innych państw, w tym 4 tys. z Europy i USA. Kalifat obejmował jedną trzecią Iraku i prawie połowę Syrii. Ponad 3 mln ludzi zmuszonych było do życia według najsurowszej interpretacji szariatu. Takich dokonań, ani nawet ambicji, nie miała żadna z istniejących wcześniej organizacji terrorystycznych o globalnym zasięgu - z al-Kaidą włącznie.

W czasach świetności dżihadyści bili własną monetę w złocie, wypłacali renty, posiadali własny rząd z ministerstwami, wywiad i kontrwywiad. Dżihad finansowali z okupów, nielegalnego handlu ropą, narkotykami i zrabowanymi dziełami sztuki. W centrum ar-Rakki, która była bastionem islamistów, urządzane były makabryczne widowiska krzyżowania zdrajców podejrzanych o szpiegostwo. Kobiety kamienowano np. za posiadanie konta na Facebooku, homoseksualistów zrzucano z dachów wysokich budynków. Po ulicach krążyły patrole muzułmańskiej milicji, w tym żeńska brygada al-Chansa, zajmująca się moralnością kobiet. Działała też służba zdrowia i szkoły, ale uczono w nich tylko zasad i historii islamu.

Ponad rok po wyzwoleniu Ar-Rakka powoli dźwiga się z gruzów. Infrastruktura miejska jest wciąż zniszczona, brakuje prądu i wody. Niestety wiele wskazuje na to, że miasto czeka kolejny wstrząs. W grudniu prezydent Donald Trump ogłosił, że wojska amerykańskie zostaną wycofane Syrii. Jeśli Amerykanie i Kurdowie wycofają się z ar-Rakki, miasto zostanie przejęte przez wojska tureckie, albo reżim Asada. - Na razie się o to nie martwimy, myślimy jak utrzymać szkoły. Liczy się każdy kolejny miesiąc nauki – mówi Kurpiński. - Szkoła leczy psychiczne rany dzieci i pomaga odzyskać choć trochę tego, co zabrała wojna – dodaje.

Osoby chcące wesprzeć działanie szkół w ar-Rakce mogą wpłacać pieniądze na konto Fundacji Wolna Syria. Numer rachunku: 41 2490 0005 0000 4530 5518 9531.

newsweek.pl

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież